Szybka realizacja recept przyciąga klientów Data publikacji: 2008-02-13Przedstawiamy krakowską aptekę Pod Aniołem Stróżem, której właścicielką od ponad 15 lat jest Aleksandra Czeczótka. Wychodząc z apteki Pod Aniołem Stróżem wystarczy zrobić trzy kroki w prawo, by ujrzeć Wawel. Idąc w lewo, dojdzie się na Kopiec Kościuszki, mijając między innymi kilka innych aptek. Ale ta pierwsza jest wyjątkowa - istnieje w tym miejscu od ponad 100 lat.
W starej, odrapanej kamienicy na początku ulicy Kościuszki w Krakowie od 1899 roku działa Apteka Pod Aniołem Stróżem. Z zewnątrz nie rzuca się w oczy, ale w środku czuć czar minionej epoki. Zabytkowe (wpisane do rejestru zabytków) regały prawie po sufit, szufladki ze szklanymi gałkami, oryginalne apteczne szkło - wnętrze jakby przeniesione z Muzeum Farmacji. Tylko sprzedawane leki i problemy są już współczesne. "Trwamy. Chyba tak można opisać naszą działalność w okolicy przesyconej aptekami" - mówi Aleksandra Czeczótka, właścicielka Apteki Pod Aniołem Stróżem w Krakowie.
Nadzieja na przetrwanie
W pożółkłej "Książce personelu fachowego", znalezionej kiedyś w jednej z zapomnianych szuflad, najdawniejszy wpis to nazwisko Aleksandra Żurawskiego, "asystenta farmacji". Pan asystent swoje prawo własności do tego miejsca zaznaczył naklejając na meblach zachowane do dziś karteczki z napisem "Apteka Pod Aniołem A. Żurawskiego". Za jego czasów okolica wyglądała inaczej, nie był to pierwszy budynek po tej stronie ulicy Kościuszki. Sąsiedzi nie przetrwali jednak ostatniej wojny. Nad apteką anioł czuwał również wtedy, gdy w ostatnich latach przedwojenni właściciele krakowskich kamienic, odzyskawszy je, często likwidowali apteki (choćby przy rynku). Ta przetrwała, ponieważ budynek jest własnością gminy, co chroni przed eksmisją, choć już nie przed wysokim czynszem.
"Lokal jest dość duży, oprócz pomieszczeń na parterze mamy też mały stryszek. Trzymam tam szkło apteczne, archiwum i tylko za tę niewielką przestrzeń - jakieś dwadzieścia parę metrów - płacę gminie kilkaset złotych czynszu" - mówi nie bez żalu pani Aleksandra. Dobrze, że udało się jej pozbyć piwnicy, bo dziś i za nią pewnie musiałaby słono płacić.
Aleksandra Czeczótka skończyła farmację w Krakowie. Przez wiele lat pracowała w Skawinie. Właścicielką i kierownikiem Apteki Pod Aniołem Stróżem została w 1992 r. wykupując ją od Cefarmu.
"Wówczas była to trzecia apteka na Salwatorze (tak nazywa się dzielnica, w której działa placówka), jedyna przy ulicy Kościuszki. Dziś jest ich osiem. Przy Kościuszki - cztery, a kolejne cztery w przyległych uliczkach. I to największy nasz problem - przy takim zagęszczeniu trudno zarabiać. Jedną z sąsiednich aptek niedawno zamknięto, mam nadzieję, że my przetrwamy" - podkreśla pani Aleksandra.
Wszystko dla pacjenta
W takiej sytuacji trudno planować nie tylko rozwój, trudno cokolwiek planować. "Nie myślę, co będzie dalej. Jestem tu codziennie. Zajmuję się bieżącymi sprawami. Codziennie, czasem dwa razy dziennie sama zamawiam leki z trzech hurtowni, z którymi współpracuję. Kiedyś mieliśmy więcej dostawców, lecz dziś nie ma już takich potrzeb. Staramy się mieć wszystko, czego potrzebują nasi pacjenci, bo nie jest dobrze, kiedy odchodzą z pustymi rękami" - mówi Aleksandra Czeczótka.
Ci pacjenci to ludzie raczej starsi i biedni. W okolicy nie ma dużo dzieci, dlatego leków dla nich też jest w aptece mało. Nie ma leków onkologicznych, ponieważ nimi zajmują się głównie punkty położone obok krakowskiej kliniki onkologicznej. Sprzedaż antybiotyków także nie jest wielka - to domena aptek działających po sąsiedzku przy pobliskich przychodniach. W ofercie uwzględnia się natomiast fakt, że czasem zaglądają tu turyści, spacerujący wzdłuż Wisły, lub z położonego po przeciwnej stronie ulicy hotelu. Także pracownicy tego hotelu dość często przychodzą po leki.
Na tle wielu innych aptek tę wyróżnia też szybka realizacja recept na leki złożone. Dziś w wielu miejscach pacjent słyszy: "nie mamy składników" albo czeka na lek kilka dni. Pod Aniołem Stróżem czeka się najwyżej jeden dzień. To sposób na przyciągnięcie klientów z innych dzielnic.
Do tej apteki można przyjść od godz. 8.00 rano do 20.00. Od jesieni do wiosny także w soboty czynna jest 12 godzin. Kiedy jednak słońce mocniej grzeje, pani Aleksandra w trosce o własne zdrowie zamyka w soboty o godz. 15.
Twarde prawo
"Konkurencja jest silna, lecz czekam, kto jeszcze dojdzie do wniosku, że zarabia mniej niż myślał i zakończy działalność. Zlikwidowano jedną aptekę i od razu odczuliśmy leciutką poprawę. Dziś mam inne zmartwienie - skończyłam 70 lat i zgodnie z prawem nie mogłam dłużej być kierownikiem. To złe prawo - nie kalendarz, ale lekarz powinien decydować, czy ktoś się nadaje jeszcze do pracy, czy już nie. Pisałam w tej sprawie do Izby, lecz bez efektu. Kocham swoją aptekę i chciałam ją nadal prowadzić, a musiałam zatrudnić nowego kierownika. To jest nie tylko przykre, lecz także dodatkowo utrudnia zbilansowanie działalności" - mówi pani Aleksandra.
Razem z nią to miejsce tworzy pięć kobiet (łącznie z księgową), część pracownic - na niepełnym etacie. Kadra nie jest młoda, panie pracują tu od wielu lat, o rotacji personelu nie ma mowy. Ale to też urok takich miejsc - wrośniętych w krakowski pejzaż.
Poleć znajomemu artykuł |