Piątek, 25 maja 2012 r.
Puls Medycyny
Szukaj »
Samoświadomość środowiska medycznego rośnie
Sekcja: informacje
Data publikacji: 2007-09-19
Inne artykuły:
Czy protest, który w pierwszej odsłonie w kwietniu 2006 roku zorganizowany został przez Krajowy Komitet Porozumiewawczy na Rzecz Wzrostu Wynagrodzeń Pracowników Służby Zdrowia „przeciw wyzyskowi ekonomicznemu personelu medycznego przez państwo w naszym kraju" (?!), a w maju 2007 roku - pod tak sprzecznymi hasłami, jak prywatyzacja służby zdrowia, podwyżki płac do poziomu od 5000 do 7000 zł miesięcznie oraz podpisanie ponadzakładowej umowy z rządem gwarantującej poziom płacy minimalnej - miał szansę zakończyć się sukcesem?
Mam wrażenie, że w taki końcowy efekt strajku nikt nie wierzył. Dlatego mówienie o klęsce, gdy nie osiąga się tego, co nieosiągalne, jest pewną przesadą. Trudno jednak nazwać zakończenie strajku sukcesem, chociaż jego dorobek wart jest zauważenia i opisania.
Po pierwsze, dorobkiem strajku jest ujawnienie prawdziwych powodów niezadowolenia środowiska. Mam wrażenie, że były one znacznie bardziej złożone niż te, które deklarowali lekarze. Po przyznanych 30-procentowych podwyżkach uposażeń w służbie zdrowia poziom niezadowolenia wzrósł, a nie zmalał. Dlaczego? Ośmielam się sądzić, że doszło do typowej dla Polski sytuacji - większość środków przeznaczonych na podwyżki trafiła w ręce najlepiej zarabiających. Znam zbyt dobrze establishment naszych publicznych instytucji, żeby wiedzieć, że podwyżki przyznawano „jak zwykle": 30 proc. od wysokiego uposażenia znaczy wielokrotnie więcej niż 30 proc. od 1200 złotych. Procedury wzrostu wynagrodzeń utrwalają zróżnicowanie środowiska na relatywnie wąską grupę świetnie zarabiających i zdecydowaną większość zarabiających marnie i dorabiających gdzie się da i jak się da, oczywiście kosztem pacjentów. Co więcej, wąska grupa lekarskiej elity ma większe niż inni dodatkowe możliwości dorabiania na styku publicznych i niepublicznych placówek służby zdrowia.
Oczywiście „szeregowi" lekarze nie mieli odwagi wystąpić otwarcie, zbyt wiele decyzji o specjalizacjach, formach zatrudnienia i możliwościach dorabiania jest w rękach medycznego establishmentu. Więc domagali się prywatyzacji, by mieć podobne możliwości zarabiania i zarazem - rządowych gwarancji dla wyższego poziomu płacy minimalnej. Nielogiczne i niekonsekwentne? Oczywiście, ale nie może być inaczej, gdy powody strajku są tak złożone i niedeklarowane otwarcie.
Zauważmy, że zachowanie pielęgniarek potwierdza te obserwacje. Protestowały pod hasłem godności i prawa do szacunku oraz, rzecz jasna, wyższych płac. To one są na dole drabiny społecznej w służbie zdrowia, poniżej źle zarabiających lekarzy. Nic dziwnego, że domagały się, by 80 proc. środków przeznaczonych na kolejne podwyżki trafiło do nich.
Tak więc dorobkiem strajku jest przede wszystkim większa samoświadomość środowiska. Zaowocowała ona podpisywaniem dziesiątków porozumień, zawieranych przez lekarzy z dyrekcjami ich własnych szpitali i przychodni. Dyrektorzy na własnej, a nie tylko „rządowej" skórze odczuli skalę protestu; konsekwencje odejścia lekarzy z pracy, odmowy leczenia pacjentów, niewypisywanie zwolnień czy recept refundowanych etc. Lekarze zrozumieli w czym rzecz i proces wymuszania wyższych (to rozumiem i popieram) płac rozpoczęli u siebie, „na dole". To jest racjonalny i ważny „dorobek" ostatnich protestów.
Kolejnym dorobkiem strajku jest rezygnacja środowiska z propagandowych haseł oraz nieco cynicznych rojeń o wyjeździe tysięcy lekarzy za granicę i pozostawieniu polskich pacjentów bez opieki. Mówiąc krótko i brutalnie, mam wrażenie, że nie tylko pacjenci, ale także lekarze zauważyli, że zasada: „leczymy tylko tych, którzy dużo płacą", a więc Anglików, Niemców czy Szwedów, zaś Polaków wyłącznie w prywatnych placówkach - jest nie do przyjęcia. Mam wrażenie, że pamiętne zdanie Krzysztofa Bukiela: „kilkadziesiąt tysięcy Polaków umrze, bo kilkadziesiąt tysięcy lekarzy odejdzie z pracy w październiku", pokazało skalę szaleństwa, głównie politycznego. Bez przesady, Panie i Panowie. Chcemy, żeby płace dawały lekarzom i pacjentom komfort poczucia bezpieczeństwa i profesjonalnej opieki, ale płace większości z nas nie pozwalają na opłacanie pracy polskich lekarzy na poziomie krajów starej UE. To przykre, ale taka jest nasza, wspólna rzeczywistość.
Protest lekarzy „przegrał medialnie" z protestem pielęgniarek. Sondaż CBOS z czerwca 2007 r. pokazał spadek poparcia dla protestów służby zdrowia z 61 proc. w 2006 roku do 43 proc. w roku 2007. Pytanie w 2006 roku obejmowało lekarzy i pielęgniarki, w 2007 - tylko lekarzy. Najwyraźniej Polacy uważają, że pielęgniarki zasługują na większe poparcie. W 2006 roku protesty służby zdrowia potępiło 17 proc., a w 2007 r. już 37 proc. respondentów CBOS. Co więcej, tego roku większość badanych była przeciwna radykalnym formom protestu lekarzy. W ramach strajku lekarze nie powinni odmawiać udzielenia pomocy pacjentom - tak uważa 83 proc. Polaków; dalej: lekarze nie powinni „nie wypisywać zwolnień" - uważa 72 proc. badanych, zaś 61 proc. - że lekarze nie powinni przerywać pracy nawet na kilka godzin.
Poznanie granic własnych możliwości to także „dorobek" protestu lekarzy i mam nadzieje, że zaowocuje środowiskowym, realnym projektem reform zaakceptowanym przez całe środowisko (zarówno establishment, jak i pozostałych lekarzy) oraz pacjentów. Tak więc sukcesem strajku nie są „pieniądze", lecz samoświadomość wewnętrznych, tkwiących w środowisku barier oraz zewnętrznych ograniczeń. To dużo, mówimy w końcu nie o „roszczeniowych rolnikach", lecz o świetnie wykształconej, relatywnie zamożnej elicie polskiego społeczeństwa.


  Stopka autorska:
Autor: dr Barbara Fedyszak-Radziejowska,
socjolog, Instytut Spraw Publicznych, Kolegium Nauk Społecznych i Administracji Politechniki Warszawskiej

Artykuł opublikowany w numerze: 14 (157)
Data publikacji: 2007-09-19
  Poleć znajomemu artykuł
email znajomego :
Redakcja         Reklama         Prenumerata         Kontakt         Napisz do nas         Nota prawna    
Artykuł dostępny wyłącznie dla prenumeratorów Artykuł dostępny wyłącznie dla lekarzy