Piątek, 25 maja 2012 r.
Puls Medycyny
Szukaj »
Całe serce oddane aptece
Sekcja: Rynek pracy
Data publikacji: 2007-09-05
Inne artykuły:
"Od dziecka wychowywałem się w środowisku farmaceutycznym, leki i zioła zawsze towarzyszyły mojej rodzinie" - opowiada Lech Chochlew, właściciel pierwszej i najstarszej apteki w Ciechanowcu na Podlasiu.
Historia z farmacją w rodzinie Lecha Chochlewa zaczyna się wiele lat temu, gdy pochodzący z Suwalszczyzny Wacław Jan Strażewicz (żył w latach 1889-1950) - brat matki ojca pana Lecha - skończył farmację na Uniwersytecie Batorego w Wilnie. Jeszcze przed wojną W. Strażewicz z Wilna trafił do pracy do Poznania. Od zawsze zafascynowany ziołami, już po wojnie, w 1947 roku założył Państwowy Instytut Naukowy Leczniczych Surowców Roślinnych, obecnie Instytut Roślin i Przetworów Zielarskich. Wacław Strażewicz twierdził, że zanim po wojnie nie zostanie odbudowany przemysł farmaceutyczny i nie wykształci się odpowiednich fachowców, należy uprawiać zioła i wytwarzać leki pochodzenia roślinnego. Dlatego pomagał w tworzeniu przemysłu zielarskiego, propagował zakładanie plantacji roślin leczniczych w Poznaniu.

Leon Chochlew, czyli historia poznańskiego Herbapolu

"Profesor Strażewicz fascynował się roślinami, ziołami, ich wpływem na leczenie chorób - opowiada Lech Chochlew. - I w tym środowisku wyrastał mój ojciec, Leon, który po zaginięciu ojca wychowywany był przez wujka - właśnie profesora Strażewicza".
Leon Chochlew (1918-2000) urodził się na Syberii, w miejscowości Kupiono. Skończył najpierw technikum ogrodnicze w Wilnie. Związał się z Haliną, z wykształcenia inżynierem ogrodnikiem. Po wyzwoleniu i repatriacji w 1946 roku cała rodzina Chochlewów trafiła do wsi Kocanowo w gminie Pobiedziska w poznańskim. Tam Leon rozpoczął pracę jako opiekun plantacji roślin leczniczych w Kocanowie. Potem ukończył studia farmaceutyczne w Akademii Medycznej w Poznaniu. Już w czasie studiów rozpoczął pracę w Państwowym Instytucie Leczniczych Surowców Roślinnych. Był kierownikiem Pracowni Fizjologii Roślin. Pracę kontynuował następnie w Poznańskich Zakładach Zielarskich Herbapol na stanowisku głównego technologa. Żona Leona, Halina i matka pana Lecha prowadziła ogród doświadczalny instytutu.
"Fascynacją ojca była uprawa sporyszu - pasożytu żyta, który był przydatny w produkcji niektórych leków. Ale hodował też rycynus, walerianę, miętę. Pamiętam, że wakacje spędzałem na zbiorach sporyszu lub rycynusa" - wspomina dzisiaj pan Lech.

Życiowa decyzja

Leon Chochlew żył nie tylko ziołami i instytutem. Popołudniami, gdy nie miał zajęć naukowych, pracował w aptece. I w 1960 roku zapadła ważna, związana z apteką i jak się okazało, zielarstwem, decyzja w życiu rodziny.
"Czasy były ciężkie, rodzina duża: czworo dzieci, babcia. W tym czasie było duże zapotrzebowanie na aptekarzy i apteki na Białostocczyźnie. Rodzice postanowili jechać, tym bardziej, że część ich kolegów już wcześniej się tu przesiedliła. Ojciec miał objąć aptekę w Ciechanowcu. Przeprowadzka była na tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego - wspomina Lech. - Do dzisiaj pamiętam ten szok. Miałem wtedy 16 lat. Powitało nas małe miasteczko, domy kryte strzechami, bruk. Myśmy przecież przyjechali z Poznania, który wyglądał zupełnie inaczej. Ale szybko okazało się, że miejscowi ludzie są bardzo życzliwi, przyjęli nas bardzo serdecznie. W tym czasie też akurat otwierał się w Ciechanowcu szpital, ojciec miał prowadzić aptekę. Zaczynało się dla nas nowe życie".

Ogród i zioła

Rodzina zamieszkała początkowo w ośrodku zdrowia, potem w budynku przy aptece. Jako kierownik, a od 1990 roku właściciel apteki, Leon Chochlew przepracował w Ciechanowcu 40 lat. Tu mógł też realizować swoją największą pasję - zielarstwo. Fascynacją roślinami zaraził wiele osób. "Wyrabiał różne mieszanki ziołowe, którymi obdarowywał innych, sam też ziółka pił codziennie, do końca życia, co do dzisiaj ludzie wspominają" - opowiada jego syn.
Na początku lat 80. Leon związał się bliżej z Muzeum Rolnictwa im. ks. Krzysztofa Kluka w Ciechanowcu. Tu wspólnie z dyrektorem tej placówki Kazimierzem Uszyńskim, stworzył unikatowy w skali polskiego i europejskiego muzealnictwa dział tradycji zielarskich oraz nie mający swojego odpowiednika w Polsce "Ogród roślin zdatnych do zażycia lekarskiego". Ogród otwarto uroczyście 24 czerwca 1984 roku. Powstał dokładnie na podstawie rad i zaleceń zawartych w Dykcjonarzu Roślinnym, napisanym u schyłku XVIII wieku przez księdza Kluka. Według założeń, miał zawierać 317 gatunków roślin, jednak nie wszystkie dało się uprawiać w naszych warunkach. Nie ma tu niestety np. kakaowca, ale przyjął się żeń-szeń.
Dzisiaj ogród tworzy w sumie 270 gatunków najrozmaitszych roślin. Każda zajmuje poletko o powierzchni ok. 1 m2, wszystkie są podzielone według chorób, na jakie mają pomagać. Zachowano przy tym starą, oryginalną pisownię. W ogrodzie są więc np. zioła pomocne na angielską czy francuską chorobę, leczące członki odmrożone, sprawy małżeńskie wzmacniające, gorączkę tłumiące, na płodność płci białej, drzazgi w ranach. Blisko 90 proc. tych roślin, przyporządkowanych kilka wieków temu przez księdza Kluka, do dzisiaj jest stosowane w terapii.
Od blisko dwóch lat w muzeum czynna jest też jedyna w Polsce wystawa pod hasłem "Tradycje zielarskie". Ekspozycja pokazująca owe tradycje od czasów starożytnych po współczesne, z przedstawieniem dorobku wybitnych prekursorów zielarstwa, od Szymona Syreniusza, Marcina z Urzędowa i księdza Kluka, po prof. Wacława Jana Strażewicza, powstała z okazji 20-lecia istnienia ogrodu.
Leon Chochlew opiekował się ogrodem od chwili powstania aż do śmierci w 2000 roku. Ciągle pracuje tu Anna Marczuk, która ogród z Leonem Chochlewem zakładała. Opiekę nad roślinami pełni dzisiaj Piotr Kiersnowski, kierownik działu tradycji zielarskich muzeum. Bardzo często do ogrodu wpada też dzisiaj Lech.
Ale rok 1984 był szczególny z jeszcze innego względu dla Leona Chochlewa. 23 czerwca jego apteka otrzymała po wielu staraniach imię prof. W. Strażewicza. Na nadanie imienia musiało zgodzić się wiele instytucji i urzędów. "Gdy się udało, był to jeden z najpiękniejszych dni w życiu ojca" - mówi pan Lech.

Tradycja zostaje w rodzinie

Mimo silnych zielarsko-farmaceutycznych korzeni, w ślady ojca nie poszło żadne dziecko Leona: jedna córka została psychologiem, druga analitykiem medycznym, jeden syn drogowcem. Lech skończył Wojskową Akademię Techniczną i ekonomię. Przez 30 lat zajmował się swoją największa pasją - samochodami. Nie myślał, że kiedykolwiek wróci do apteki. Ale od 1990 roku, gdy nastały nowe czasy i ciechanowiecka apteka się sprywatyzowała, Leonowi było coraz trudniej ją prowadzić.
"W 1992 roku ojciec przyjechał do mnie do Warszawy prosić, abym wrócił mu pomóc prowadzić aptekę - opowiada pan Lech. - Nie byłem już wtedy związany z wojskiem, miałem swój mały warsztat samochodowy. Mogłem się zdecydować na ten krok. Wróciłem do Ciechanowca, sam. W Warszawie została moja rodzina".
Od kiedy Lech zajął się apteką, oddał jej swoje serce. Walczy o zachowanie klimatu i ducha farmacji w tym miejscu. Dba o to, aby pamięć o ojcu i wujku była ciągle obecna. Zbiera stare elementy wystroju apteki, a niedawno sam zrobił lampy Łukasiewicza, które przyozdobiły wejście do placówki. W aptece ciągle stoją stare meble z lat 50. Na ścianach wiszą obrazy autorstwa Iwony Konickiej, tematycznie związane z tym miejscem, a także przedstawiające Hygeę, patronkę farmacji oraz Asklepiosa, greckiego boga, opiekuna sztuki lekarskiej. Na parapecie aptecznym rośnie w doniczce waleriana i mięta. Tylko mieszanek ziołowych autorstwa Leona Chochlewa już nikt nie robi. Za duża konkurencja.
Lech marzy o tym, aby spisać dzieje aptekarstwa w Polsce po wojnie. Ma w swoich zbiorach mnóstwo dokumentów, m.in. leksykon leków z 1949 roku czy przepisy z 1953 roku dotyczące tego, jak ma wyglądać apteka.
"Przesłanie etosu farmaceuty zawsze było mi bliskie. Jest to piękny zawód, można pomagać innym - mówi Lech Chochlew. - Bardzo długo walczyłem z wolnym rynkiem. Nie chciałem reklam, promocji. Ale poddałem się, bo bez tego bym dziś nie istniał. Jesteśmy zresztą jedną z nielicznych aptek, które mają zawsze każdy lek, doszliśmy do wniosku, że dostępność to główna cecha, jaka powinna nam przyświecać. Jak trzeba, niezależnie od godziny, wsiadam w samochód i jadę do hurtowni. Jednocześnie nie chcę stracić apteczności w aptece, staram się pokazywać ludziom, co było kiedyś".
I chociaż także synowie Lecha nie poszli w ślady dziadka, to farmację skończyła synowa - Maria. A teraz syn Marii - Wojciech studiuje ten kierunek w Krakowie. Pisze właśnie pracę magisterską o dorobku księdza Kluka.
"Historia farmacji w naszej rodzinie będzie więc miała ciąg dalszy, nazwisko Chochlew ma już swojego kontynuatora i na razie nie zginie" - mówi pan Lech.



  Stopka autorska:
Autor: Urszula Ludwiczak, Białystok
Artykuł opublikowany w numerze: 13 (156)
Data publikacji: 2007-09-05
  Poleć znajomemu artykuł
email znajomego :
Redakcja         Reklama         Prenumerata         Kontakt         Napisz do nas         Nota prawna    
Artykuł dostępny wyłącznie dla prenumeratorów Artykuł dostępny wyłącznie dla lekarzy