Właścicielskie apteki kontra sieci Data publikacji: 2007-04-04Gdy 5 lat temu litewska sieć EuroApteka jako pierwsza zastosowała na polskim rynku farmaceutycznym agresywny marketing, w Piotrkowie Trybunalskim o ekspansji tej firmy aptekarze dowiadywali się głównie z doniesień medialnych. I choć do tej pory nie ma w tym mieście żadnej apteki pod tym szyldem, konkurencja dała o sobie znać. Boleśnie. "Pierwsza placówka sieciowa powstała w Piotrkowie kilka lat temu w "Hipernowej" (teraz Carrefour), ale ponieważ nie była specjalnie agresywna, nie budziła u aptekarzy wielkich emocji. Jednak później, kiedy w ślad za nią pojawiły się apteki w innych supermarketach: Kaufland, Leader Price (obecnie Tesco), Polomarket, a ostatnio także sieć aptek "Kwiaty Polskie", to się zmieniło" - mówi mgr farm. Dorota Miazek, właścicielka apteki "Salus" przy ul. Słowackiego 1. Ta apteka działa w tym samym miejscu w centrum miasta niezmiennie od 100 lat.
Zmieniony krajobraz
Przed prywatyzacją Cefarmu, w Piotrkowie Trybunalskim było tylko 6 aptek, teraz jest ich 39. Miasto liczy ok. 82 tys. mieszkańców, a zatem na każdą z tych placówek przypada niecałe 2,2 tys. osób. Według szacunków samorządu aptekarskiego, rentowność apteki można osiągnąć wówczas, gdy jej rejon obejmuje co najmniej 4 tysiące osób. Z konkurencji między aptekami cieszą się pacjenci, bo różnice w cenie leków dochodzą obecnie nawet do 20-30 zł, a czasem można coś dostać prawie za darmo. O promocjach klienci dowiadują się z reklamówek znajdywanych w skrzynkach pocztowych, z rozmów z sąsiadami lub Internetu.
W gazetce reklamowej Polomarketu opisane są m.in. superpromocje apteczne, zasady uzyskania karty stałego klienta. Osoby, które dokonają zakupów w tym supermarkecie za minimum 50 zł, mogą (po okazaniu paragonu) liczyć na 10 proc. rabatu na leki pełnopłatne kupione w tamtejszej aptece.
Co piąta apteka w sieci
Piotrkowscy farmaceuci szacują, że ponad 20 proc. aptek działających obecnie w tym mieście to typowe "sieciówki", utworzone przez firmy polskie i zagraniczne, a także placówki uzależnione od rodzimych hurtowni różnymi programami lojalnościowym. Osiągają one jednak w sumie niewiele mniejsze obroty od pozostałych 80 proc. aptek. Hitem aptek sieciowych lub tzw. patronackich - podobnie jak w całym kraju - stały się akcje sprzedaży leków za symboliczny grosz. Dzięki temu uzyskały spory rozgłos, ludzie przyjeżdżają do nich z nawet odległych okolic, kupując przy okazji inne leki. Tymczasem większość piotrkowskich małych aptek świeci pustkami.
"Mogę zrozumieć, że sprzedaje się za 1 grosz medykamenty, za które pacjent płaci cenę zryczałtowaną, bo w ten sposób apteka obniża swoją marżę, ale i tak zarabia. Całkiem jednak niepojęte jest dla mnie, gdy za grosz sprzedaje się leki, w przypadku których odpłatność pacjenta ustalona jest na poziomie wyższym od marży, ponieważ wówczas aptekarz musiałby dopłacać do tego zakupu - twierdzi D. Miazek. - Marża tzw. ujemna to dla mnie pojęcie abstrakcyjne, bo prowadzenie działalności gospodarczej bez zysku mija się z celem. Jeśli apteka ją stosuje, to znaczy, że ktoś dopłaca do jej deficytu. W jakim celu? Sądzę, że stosowanie dumpingowych cen zmierza ku jednemu - żeby nas, niezależnych aptekarzy zepchnąć na margines. Sieci staną się monopolistami na rynku, a wówczas znikną promocje i ceny leków będą windowane coraz wyżej. Zmierza się do celu, że jeden będzie miał wszystko, a drugi nie będzie miał na chleb".
Grupy zakupowe
By stawić czoła silniejszym konkurentom sieciowym, kilkunastu właścicieli niezależnych aptek piotrkowskich zorganizowało się w nieformalną grupę zakupową. Koordynacją przedsięwzięcia zajęła się częstochowska spółka dystrybucyjna Cefarm SA z siedzibą w Kamyku. Piotrkowscy aptekarze już przekonali się, że wspólne dokonywanie hurtowych zakupów pozwala na obniżenie cen na niektóre medykamenty o 20-30 proc., ponieważ na duże zamówienie dostaje się duże upusty. Wierzą, że w tej współpracy nie ma tzw. drugiego dna, bo nie podpisuje się żadnej umowy handlowej i każdy może się z niej wycofać, kiedy chce. Ale aby ta współpraca zadziałała na korzyść małych aptek, musi upłynąć trochę czasu, którego może zabraknąć. Wszak w Norwegii, w ciągu dwóch lat od wejścia sieci na rynek, apteki tzw. właścicielskie prawie przestały istnieć.
"Z przerażeniem teraz konstatujemy, że sieci są tak silne, iż w pojedynkę nie ma na nie siły" - mówi Dorota Miazek. Kiedy w 1992 r. obejmowała aptekę "Salus", zatrudniała 10 osób. Teraz ma zaledwie dwóch etatowych pracowników, więc za pierwszym stołem często staje sama. Jej zdaniem, dla sieci liczy się tylko zysk, a on płynie z promocji, które samorząd aptekarski ocenia jako działania nieetyczne. "Tylko że etyka zawodowa dotyczy farmaceutów, ale już nie informatyków, księgowych czy innych "nawiedzonych" biznesmenów w aptecznym biznesie. Więc co z tym zrobić? Czy może, pozostając w zgodzie z etyką, zbankrutować, czy w desperacji, by utrzymać się na rynku, walczyć z konkurencją jej metodami?" - zastanawia się D. Miazek.
Poleć znajomemu artykuł |