Leki na zeszyt Data publikacji: 2007-03-07Sprzedawanie leków z odroczonym terminem płatności to już normalna procedura w podlaskich aptekach. Popularna jest zwłaszcza w małych miejscowościach, gdzie jest duża bieda, a wszyscy ze wszystkimi się znają. Mniej ufają klientom aptekarze w dużych miastach. "Leki "na zeszyt"? To normalne. Od kilkunastu lat mam z tym do czynienia" - mówi Jacek Michalski, współwłaściciel apteki w Michałowie i dodaje - "Praktycznie nie mam innego wyjścia, bo bez takiej sprzedaży z odroczoną płatnością trzeba by w ogóle zamknąć interes".
J. Michalski prowadzi aptekę w niewielkiej miejscowości, 40 km od Białegostoku. Jest tam jeszcze jedna apteka i punkt apteczny na 900 mieszkańców. Znają się tu wszyscy ze wszystkimi. Dlatego i łatwiej zaufać, gdy sąsiad prosi o leki, ale nie ma czym zapłacić.
"Czasem się jednak zdenerwuję, gdy widzę, że komuś lekarz wypisał naprawdę drogie lekarstwo, nie biorąc pod uwagę jego sytuacji materialnej - mówi J. Michalski. - Zwłaszcza gdy jest to lek mający tańsze odpowiedniki, a lekarz zaznaczy, aby nie zamieniać. Czasem idziemy pacjentowi na rękę i zamieniamy z adnotacją, że to na jego prośbę. Znam tu wszystkich ludzi, wiem kogo naprawdę nie stać, aby zapłacić. Nie wiem czemu nie iść w takich sytuacjach na rękę".
"Sejny to mała miejscowość i nawet nie spisujemy z dowodu kogoś, kto obiecuje, że nam zapłaci za dwa tygodnie - mówi Wiktor Łobanowski z apteki "Remedium" w Sejnach. - Mamy, niestety, takie czasy, że ludzi na leki nie stać i musimy dopasowywać się do oczekiwań pacjentów. Staramy się, aby nikt nie wyszedł od nas z niezrealizowaną z powodu kosztów receptą i aby nie był zażenowany tym, że musi prosić o odroczenie płatności. Jeśli możemy, znajdujemy też tańsze odpowiedniki przepisanych leków. Bywa że recepta staje się wtedy tańsza o 20-30 zł. To już niemało".
Aptekarze stosujący odroczone terminy płatności zapisują nazwiska dłużników w zeszytach, a obok należne kwoty. Większość klientów reguluje należności w ciągu miesiąca. Ale farmaceuci przyznają, że zdarzają się osoby, które długów nie oddają. Bywa, że zadłużony klient umiera, a dług zostawia w spadku aptece.
"Niestety, zdarza się, że nasi klienci nie oddają swojego długu miesiącami, a nawet latami - mówi Jacek Michalski. - Mam parę takich osób, co gdy widzą mnie na ulicy, przechodzą na drugą stronę lub odwracają głowę. W niektórych przypadkach to już nawet nie liczę, że dług kiedyś zwrócą. Te pieniądze poszły już po prostu w nasze koszty".
Wiktorowi Łobanowskiemu zdarzyło się może dwa razy, że ktoś "zapomniał" o swoim długu. "Staramy się ścigać takie osoby, ale czasem jest to bezskuteczne. Gdy ktoś dłużej zalega ze zwrotem, dzwonimy, przypominamy. Przeważnie w końcu pieniądze do nas wracają" - twierdzi W. Łobanowski.
Klientów kupujących leki "na kreskę" ma też jedna z aptek w Sokółce. Jej właścicielka nie chce ujawniać nazwiska i nazwy apteki, bo wolałaby, żeby takich sytuacji nie było. Do tego parę razy sparzyła się na osobach, które zaciągnęły dług, ale go nie oddały i ślad po nich zaginął.
"Ale mamy i klientów, którzy kupują u nas stale. Co roku zakładamy nowy zeszyt, bo stary jest zapełniony. Ludzi, niestety, coraz częściej nie stać na leczenie. Jest taki klient ze schorzeniem o podłożu psychicznym, który musi stale brać dość drogie leki, a one nie są refundowane albo refundowane w niewielkim stopniu. To kilkaset złotych miesięcznie. Ten człowiek nie ma dużych dochodów, więc na leki mu brakuje. Sprzedajemy mu "na zeszyt", ale zawsze w obiecanym terminie dług reguluje. Wiem, że bierze na ten cel pożyczki" - opowiada farmaceutka.
Według aptekarzy, leki "na zeszyt" to efekt biedy w społeczeństwie, która stale się pogłębia. "W sklepach kupowanie "na kreskę" jest popularne od dawna, ten system doszedł też i do aptek. Moim zdaniem, leki powinny być na tyle drogie, aby ich sprzedaż była opłacalna dla apteki i na tyle tanie, żeby pacjenta było na nie stać" - mówi Jacek Michalski.
Poleć znajomemu artykuł |