Cenowa wojna aptek w Białymstoku Data publikacji: 2006-02-22W połowie 2003 roku między aptekami w Białymstoku wybuchła wojna cenowa. Rozpoczęli ją Marek Morusiewicz i Mariusz Gliński, którzy otworzyli w centrum miasta Aptekę Przy Ratuszu. W lokalnym środowisku farmaceutów zawrzało: ani Morusiewicz, ani Gliński nie są bowiem magistrami farmacji, to po prostu biznesmeni.
"Skorzystałem z nowej ustawy, która zniosła obowiązujące dotąd sztywne ceny urzędowe - mówi wprost Marek Morusiewicz. - Od tej chwili obowiązywała tylko cena maksymalna, postanowiłem więc obniżyć ceny leków w mojej aptece. Na liście promocyjnej umieściłem głównie leki dla przewlekle chorych".
To posunięcie okazało się strzałem w dziesiątkę. Pacjenci zaczęli przyjeżdżać po leki do centrum Białegostoku z odległych rejonów miasta.
"Wywołałem jednocześnie burzę w środowisku - nie ukrywa Marek Morusiewicz. - Były naciski na hurtownie, aby nie sprzedawały mi towaru, usiłowano przeszkodzić moim działaniom także w inny sposób. A potem inni aptekarze zaczęli iść w moje ślady".
W grudniu 2004 roku białostocki Cefarm zaczął wydawać karty stałego klienta, uprawniające do kilkuprocentowej zniżki przy zakupie leków. Potem podobny krok uczyniło kilka kolejnych aptek w mieście. Placówki w obronie przed posunięciami konkurencji zaczęły jednoczyć się w sieci. Oferowały klientom programy lojalnościowe, zniżki, rabaty.
Lek za grosz
Tymczasem M. Morusiewicz szykował się do kolejnego podboju rynku. W lipcu 2004 roku wprowadził jako pierwszy w województwie leki za 1 grosz. Pomysł ściągnął z sieci litewskich Euro-Aptek. Przy takim działaniu aptekarz rezygnuje ze swojej marży. Na leki za 1 grosz obowiązuje urzędowy ryczałt w wysokości 3,20 zł. Większość kosztów brakujących do pełnej ceny leku pokrywa Narodowy Fundusz Zdrowia. W kwocie refundowanej przez NFZ jest też stała marża dla apteki, wynosząca 12 zł. Jeśli aptekarz sprzeda lek za 1 grosz, to obniża swoją marżę o 3,19 zł, zarabiając już tylko 8,81 zł.
"Taki ruch opłaca się przy jak największych obrotach" - mówi M. Morusiewicz. A tych akurat Aptece Przy Ratuszu nie brakowało - po leki za grosz pacjenci stali w kilkugodzinnych kolejkach. Nic dziwnego, że szybko ten "ruch" podjęły inne miejskie apteki.
Centrum promocji?
Spółka M. Gliński i M. Morusiewicz postanowiła następnie otworzyć w centrum miasta drugą placówkę, z dziesięcioma stanowiskami do obsługi klientów. Centrum Farmaceutyczne ruszyło na początku 2005 roku. Poza lekami za 1 grosz, zaczęto tu sprzedawać leki w promocyjnych cenach. Potem M. Morusiewicz jako pierwszy w Polsce wpadł na pomysł dopłacania pacjentom do kupionych leków. Placówka opublikowała listę specyfików, głównie na choroby nowotworowe, za które pacjent nie dość, że nie płacił, to jeszcze dostawał w aptece dodatkową refundację od kilku do stu złotych.
"To proste działanie: zamiast dzielić się zyskiem z hurtownią, dzielę się nim z pacjentem - tłumaczy M. Morusiewicz. - Poza tym chciałem w ten sposób rozbić dotychczasowe powiązania lekarzy z aptekarzami".
Bo, jak twierdzą wtajemniczeni, niektórzy lekarze wykorzystują mechanizm, który uruchomił M. Morusiewicz. Do preparatów onkologicznych NFZ dopłaca nawet po kilka tysięcy złotych. Przy dobrym układzie z hurtownią, apteka może zarobić duże pieniądze. Trzeba jednak wcześniej porozumieć się z lekarzem, który będzie kierował swoich pacjentów do konkretnej placówki. Postępowanie w takiej sprawie od ponad dwóch lat prowadzi Prokuratura Okręgowa w Białymstoku.
Działania podjazdowe
Wszystkie opisane działania Apteki Przy Ratuszu i Centrum Farmaceutycznego wywołały kolejną wojnę.
Pod nową apteką M. Morusiewicza pojawiły się osoby rozdające ulotki reklamowe innych placówek. "Chyba te działania nie przyniosły skutków, bo pod koniec kwietnia 2005 roku Okręgowa Rada Aptekarska w Białymstoku wydała uchwałę zabraniającą aptekom reklamy leków - mówi Marek Morusiewicz. - Z tym, że my i tak nigdy nie reklamowaliśmy leków (bo za taką uznaje się reklamę jakiegoś specyfiku zachęcającą do jego kupna). Publikowanie list cenowych kilkudziesięciu specyfików taką reklamą nie jest".
Takie samo zdanie na ten temat ma główny inspektor farmaceutyczny. Tymczasem prezes ORA w Białymstoku, powołując się na prawo farmaceutyczne, zabronił aptekom od 1 czerwca reklamowania się w dotychczasowej formie. Nieprzestrzegającym rygorów kierownikom placówek zagrożono oddaniem sprawy do rzecznika odpowiedzialności zawodowej, występowaniem do wojewódzkiego inspektora farmaceutycznego o cofnięcie zgody na kierowanie apteką oraz odebraniem zezwolenia na prowadzenie apteki.
M. Morusiewicz, choć z interpretacją izby się nie godził, działań reklamowych w dotychczasowej formie zaprzestał. Wpadł za to na inny pomysł - dopłacania pacjentom za przyniesione recepty. Każda kosztowała go złotówkę.
Ustabilizowanie rynku
Choć swoich gróźb prezes ORA w Białymstoku nie spełnił, większość aptekarzy jest zgodna, że największa wojna cenowa w Białymstoku już minęła. Potwierdza to także Marek Morusiewicz.
"Pacjenci już wybrali swoje apteki, rynek się poukładał i uspokoił, ale my i tak cały czas myślimy o tym, jak dalej obniżać ceny - mówi. - Szykujemy kolejną promocję, tym razem zamiast sprzedawać insuliny za 1 grosz, będziemy do nich dopłacać, tak jak do leków onkologicznych. Tu też chcę rozbić układy między lekarzami a aptekarzami. Ja swój zysk wolę oddać pacjentowi".
Hasła reklamowe dwóch białostockich aptek M. Morusiewicza to: "Po stronie pacjenta".
"Nie rozumiem dążenia aptekarzy do zmiany w prawie farmaceutycznym, aby ustalić sztywne ceny urzędowe na leki, to wcale nie będzie dobre dla ludzi - ocenia M. Morusiewicz. - Konkurencja na tym rynku musi być, a mogę powiedzieć, że dzięki mnie ceny leków w Białymstoku są chyba najniższe w Polsce".
Wspólnik M. Morusiewicza - Mariusz Gliński - na podobnych zasadach prowadzi aptekę w Łomży. Wkrótce obaj zamierzają podbić kolejny rynek - tym razem w Suwałkach. W lutym ruszy tam duża samoobsługowa placówka z tanimi lekami.
Poleć znajomemu artykuł |