Firmy farmaceutyczne nie będą mogły grać rabatami, ale resort zdrowia zastrzega, że nie zamierza wprowadzać zmian ograniczających wolny rynek. "My proponujemy jedynie wprowadzenie jasnych i uczciwych kryteriów. Chcemy, żeby konkurencja cenowa prowadzona w hurtowniach i aptekach przeniosła się na konkurencję cenową na rynku producentów. To spowoduje spadek cen leków, a minister zdrowia będzie miał pieniądze, żeby umieścić kolejne, nowocześniejsze preparaty na listach leków refundowanych" - zastrzega wiceminister zdrowia Marek Twardowski.
-Zapowiedź wprowadzenia w Polsce mechanizmu podziału ryzyka pomiędzy producentem leku refundowanego a publicznym płatnikiem to zdaniem specjalistów bardzo dobra wiadomość.
- Podział ryzyka stosują niemalże wszystkie kraje, choć różnie próbują to rozwiązywać. Myślę, że zaproponowany przez nas mechanizm jest najbardziej przejrzysty i skuteczny. Obecnie bardzo wiele firm farmaceutycznych przekonuje nas, że nie podejmujemy działań dobrych dla pacjentów, przywołując przy tym swoje - jak twierdzą - bardzo wiarygodne wyliczenia. Ale potem okazuje się, że tylko chodziło o to, aby dany lek znalazł się na liście refundacyjnej. I rusza olbrzymi marketing, a roczne wydatki płatnika na refundację tego produktu są na przykład dwa razy wyższe od szacowanych. Płatnik musi zapłacić, bo lek jest refundowany, a firma otrzymuje większe niż deklarowała kwoty z refundacji. Proponujemy więc, żeby firma farmaceutyczna ubiegająca się o wpisanie swojego leku na listy refundacyjne przedstawiała analizę wpływu takiej decyzji na budżet narodowego płatnika oraz zobowiązywała się, że lek ten będzie dostępny na rynku przez cały rok. Wierzę, że wyliczenia firm będą rzetelne. Jeśli bowiem rzeczywiste wydatki płatnika na lek okażą się wyższe niż prognozowane wcześniej przez producenta, to firma w ramach podziału ryzyka powstałą nadwyżkę pokryje z własnej kieszeni.
- Ale już słychać głosy, że wprowadzenie mechanizmu podziału ryzyka w Polsce uderzy w producentów leków, a 3-procentowa opłata od obrotu to nic innego jak dodatkowy podatek.
- Jeśli chodzi o podział ryzyka - to będzie dobra wola firm farmaceutycznych. Nie zamierzamy ich do czegokolwiek zmuszać. Warto wyjaśnić, że w wielu krajach producenci leków zgadzają się brać na siebie część ryzyka związanego z wprowadzeniem do systemu refundacji nowego leku. Godzą się nawet na tzw. refundację wynikową, która polega na tym, że producent otrzymuje od płatnika zapłatę za lek, pod warunkiem, że jego stosowanie przyniesie określony skutek terapeutyczny. Rozwiązanie to jest wykorzystywane na przykład w drogich terapiach onkologicznych. Skoro jest to możliwe w innych krajach, to dlaczego nie może być tak w Polsce?
Jeśli chodzi o propozycję uiszczania przez firmę 3-procentowej opłaty od rocznego obrotu, to takie rozwiązania funkcjonują już w Europie. Jako pierwsi wprowadzili ją Włosi, stąd tzw. podatek Garattiniego. Tam wszystkie firmy farmaceutyczne muszą odprowadzać równowartość 5 procent ponoszonych wydatków na reklamę i marketing na specjalny fundusz, z którego prowadzone są niezależne od przemysłu badania kliniczne i rejestry. My proponujemy, by było to 3 procent od obrotu. Szacujemy, że dzięki temu AOTM zyska rocznie około 250 milionów złotych na prowadzenie niekomercyjnych badań klinicznych, które pozwolą m.in. weryfikować wyniki przedstawiane przez przemysł.
-Jak będą ustalane ceny leków, jeśli proponowane zmiany wejdą w życie?
- Cena, w jakiej lek trafi do hurtowni, będzie ustalana w drodze negocjacji pomiędzy powołaną w tym celu komisją ekonomiczną i producentem. Komisję interesować będzie wszystko, co dodatkowo wpływa na cenę detaliczną w aptece. Znając proponowaną cenę producenta, łatwo będzie obliczyć, ile za taki lek - po doliczeniu hurtowej marży wynikowej i detalicznej - zapłaci pacjent w aptece. Rozmowy muszą doprowadzić do konsensusu obu stron. Jeśli komisja uzna, że w ostatecznym rachunku cena leku będzie za wysoka i publicznego płatnika na to nie stać, a producent nie będzie skłonny do ustępstw, rozmowy będą kończone. Podkreślam, że dotyczyć to będzie leków refundowanych przez NFZ. W przypadku cen leków OTC nie zamierzamy się wtrącać.
-Czy przeprowadzili państwo obliczenia, kto na tych zmianach zyska, a kto straci?
- Współpracując z NFZ mamy dużą wiedzę na temat obrotu i dopłat do leków. Posiadamy wyliczenia i wiemy, że na proponowanych zmianach skorzystają i pacjent, i płatnik, bo jeśli spadną ceny leków, uwolnią się pieniądze na inne nowoczesne leki. Oczywiście, spodziewamy się ataku ze strony firm farmaceutycznych, że to głównie pacjenci będą poszkodowani. Chodzi też o to, że firmy farmaceutyczne nie będą już mogły grać tak dużymi rabatami jak do tej pory - w aptekach sieciowych sięgają one nawet 70-80 procent.
Chcemy, żeby konkurencja cenowa prowadzona w hurtowniach i aptekach przeniosła się na konkurencję cenową na rynku producentów. To spowoduje spadek cen leków, a minister zdrowia będzie miał pieniądze, żeby umieścić kolejne, nowocześniejsze preparaty na listach leków refundowanych.
-Pojawiły się zarzuty, że nowa ustawa refundacyjna to nic innego jak odwrót od wolnego rynku w Polsce na rzecz rynku regulowanego.
- Nie zmierzamy do żadnych zmian ograniczających wolny rynek. Choć wiadomo, że w Polsce jest za dużo aptek, nie prowadzimy żadnych prac nad tzw. geografią aptek. Będą więc powstawały nowe apteki i będą też upadały. My proponujemy jedynie wprowadzenie jasnych i uczciwych kryteriów. Proponując hurtową marżę wynikową na poziomie 4-5 procent, nie wtrącamy się, jak współpracujący hurtownicy się nią podzielą. Obecnie w tej dziedzinie jest wolnoamerykanka, a marża ta wynosi nawet powyżej 8,91 procent.