Między młotem a kowadłem Data publikacji: 2009-09-16Wszystko wskazuje na to, że błędnie wypisana przez lekarza recepta pozostanie problemem dla farmaceuty. I dla pacjenta oczywiście. Resort zdrowia, mimo wcześniejszych zapewnień, że w przygotowywanym rozporządzeniu o receptach rozdzieli odpowiedzialność lekarzy i farmaceutów, nie zrobił tego. W dokumencie, który na początku września ujrzał światło dzienne, nie ma żadnych zapisów obligujących lekarzy do poprawnego i czytelnego wypisywania recept, ani też zobowiązujących NFZ do kontroli medyków wystawiających recepty.
Oznacza to, że pacjent ze źle wypełnionym drukiem recepty będzie miał do wyboru albo kupić lek za pełną odpłatnością, albo jeszcze raz wybrać się do lekarza. I oczywiście liczyć na to, że tym razem obędzie się bez żadnej pomyłki.
A przecież, jak pisze nasz ekspert prawny Sławomir Molęda, refundacja recepty nie zależy od swobodnej decyzji NFZ. Jeśli fundusz odmawia wypłaty z powodu drobnych uchybień, to podważa ustawowe uprawnienia pacjentów.
Dla farmaceuty szczegółowe uregulowania wprowadzone w rozporządzeniu, mówiące co wolno mu poprawić, a czego nie może, nie są wielką pociechą, gdyż - jak dalej pisze Sławomir Molęda: "Żaden przepis nie uprawnia aptekarza do odmowy realizacji nieprawidłowo wystawionej recepty, chyba że zachodzi podejrzenie co do jej autentyczności".
Nic się zatem nie zmieni. Aptekarz wciąż będzie tkwił (jeśli rozporządzenie wejdzie w życie w proponowanej przez resort postaci) między młotem a kowadłem.
Wybór jest trudny. Z jednej strony cierpiący pacjent - bo przecież refundowane leki to nie są preparaty na katar, nadwagę czy piękne włosy. Z drugiej strony groźba cofnięcia refundacji czy wielomiesięcznych sporów z NFZ, kończących się często w sądzie. A na bardzo konkurencyjnym rynku każde osłabienie finansowe apteki może zagrozić jej bytowi.
Na niewielkie, rodzinne apteki czyha zresztą więcej zagrożeń. Na przykład wysokie czynsze w centrach miast. W tym numerze piszemy o krakowskiej Aptece pod Złotym Słoniem. Po chętnie odwiedzanej przez turystów placówce, która przetrwała zabory, dwie wojny światowe i czasy PRL-u, pozostał jedynie szyld i zabytkowe meble. "Wyliczyłyśmy, że miesięczny czynsz za ten lokal wyniesie kilkadziesiąt tysięcy złotych, czyli kilkumiesięczny dochód całej apteki. Jej utrzymanie było nierealne, poddałyśmy się" - mówi dziennikarce Pulsu Farmacji Józefa Brodzicka, współwłaścicielka placówki. Właścicielki cieszą się, że personel apteki znalazł szybko zatrudnienie, a im udało się wyjść z tego biznesu bez strat. Ale jak mówi Piotr Jóźwiakowski, prezes krakowskiej ORA, który także musiał zamknąć swoją aptekę w Nowym Targu, rzadko to się udaje.
Poleć znajomemu artykuł |