Rynek apteczny powinien być regulowany Data publikacji: 2009-04-29Aptekę - w jednej z wielkopolskich wsi - założyłam w 1995 roku za namową mojego ojca. Twierdził, że na wsi łatwiej dam radę się utrzymać. Dodam, że nie chciałam otwierać apteki w mieście, w którym mieszkam, aby nie robić konkurencji moim koleżankom po fachu.
Placówka została otwarta za kredyt, a leki - nie mając gotówki - także kupiłam na kredyt zaoferowany przez hurtownię. I to był mój pierwszy błąd. Potem zrobiłam remont, wzięłam ogromny kredyt. Połakomiłam się na unijną dotację, niestety, pieniędzy nie dostałam.
Wtedy moje kłopoty zaczęły się mnożyć. Musiałam spłacać kredyt bankowy, w hurtowni kupować za gotówkę, a komornik zabrał refundację z NFZ-u. Na domiar złego we wsi - liczącej około dwóch tysięcy mieszkańców - wybudowana została konkurencyjna apteka, a niedaleko powstał punkt apteczny. W rezultacie moje obroty gwałtownie spadły.
Musiałam sprzedać mieszkanie. Zaczęłam nawet pracować dodatkowo, ale konkurencyjna apteka podkupiła mi technika; mimo że obowiązywał go trzymiesięczny okres wypowiedzenia, odszedł z dnia na dzień.
Już i tak wiem, że kiedyś zamknę aptekę. Przykro mi, że jestem po czterdziestce, mam dwoje małych dzieci, które sama wychowuję i nie zostało mi nic.
Uważam, że rynek apteczny powinien być jednak bardziej regulowany. Takich sytuacji, jak moja, można by uniknąć, gdyby we wszystkich aptekach obowiązywały jednakowe ceny, a same apteki nie mnożyły się, jak grzyby po deszczu.
Poleć znajomemu artykuł |