W latach 90. zdecydowano, że podstawowa opieka zdrowotna będzie oparta na praktykach lekarzy rodzinnych. Problem w tym, że lekarze nie chcą się w tej specjalizacji szkolić i od kilku lat są zwroty rezydentur z medycyny rodzinnej. "Niestety, wysoka ranga naszej specjalności została osłabiona, a kompetencje okrojone. Dlatego w Polsce powstaje coraz mniej nowych praktyk" - twierdzą lekarze rodzinni.
"Przyjęty na początku lat 90. model przekształcania systemu ochrony zdrowia w jakiejś mierze wymaga ponownego przemyślenia - mówi Władysław Sidorowicz, przewodniczący senackiej Komisji Zdrowia. - Założenia, że lekarz rodzinny stanie się koordynatorem leczenia w całym systemie, zostały podmyte przez nasze nawyki. Polscy pacjenci zawsze byli przyzwyczajeni do poruszania się po systemie ze znaczną swobodą, a to spowodowało, że w tej chwili do wielu specjalistów można chodzić bez skierowania".
Zdaniem senatora Sidorowicza, nie udało się też doprowadzić do tego, by lekarz rodzinny w jakiejś mierze przejmował opiekę całodobową nad pacjentem. "A po trzecie, istnieje dalsza presja specjalistów na kompetencje lekarza rodzinnego. Na przykład są pediatrzy, którzy uważają, że lekarz rodzinny źle sobie radzi z małymi dziećmi i dlatego należałoby wprowadzić do kontraktów dla poz poradę pediatryczną" - podsumowuje Władysław Sidorowicz.
Filar systemu
Adam Kozierkiewicz, ekspert ds. ochrony zdrowia, twierdzi, że aż tak źle z medycyną rodzinną w Polsce nie jest, aby odchodzić od modelu podstawowej opieki zdrowotnej opartej na praktyce lekarza rodzinnego. "Lekarze rodzinni nie są źle wynagradzani, a pacjenci mają już świadomość, że do lekarza rodzinnego mogą się z reguły dostać jeszcze tego samego dnia, czyli znacznie łatwiej niż w Wielkiej Brytanii, Danii czy innych krajach skandynawskich" - twierdzi Adam Kozierkiewicz. I dodaje szybko: "No chyba że jest to lekarz rodzinny w warszawskim publicznym ZOZ-ie".
Jego zdaniem, zakładane przez reformę zadania polski lekarz rodzinny spełnia. "Ale faktem jest także, że niestety w większości przypadków przekazuje pacjentów dalej. I to należałoby zmienić" - podkreśla Adam Kozierkiewicz. Jak twierdzi, droga do rozwoju medycyny rodzinnej wiedzie przez zwiększenie obowiązków lekarzy rodzinnych wobec określonych grup pacjentów, a tym samym poprzez zmniejszenie ogólnej populacji ich podopiecznych. "W takich schorzeniach jak cukrzyca, astma, POChP, niewydolność krążeniowa trzeba wprowadzić system disease management, polegający na objęciu zintegrowaną opieką medyczną grup pacjentów z określonymi schorzeniami - mówi Kozierkiewicz. - Ta metoda opieki jest stopniowo, choć nie bez przeszkód, wprowadzana w różnych krajach i myślę, że można ją realizować właśnie w oparciu o dobrze przygotowanych merytorycznie lekarzy rodzinnych przy aktywnym wsparciu specjalistów-konsultantów".
Wśród zalet takiego rozwiązania Adam Kozierkiewicz wymienia: unikanie dalszych epizodów medycznych z pacjentami, unikanie interwencji pogotowia ratunkowego i hospitalizacji, co pozwoliłoby uzyskać zmniejszenie kosztów przy zachowaniu, jeśli nie poprawie, wyników leczenia.
Cały artykuł na ten temat znajduje się w Pulsie Medycyny nr 8(191) z 22 kwietnia 2009 r.
AKTUALNA OFERTA PRENUMERATY PULSU MEDYCYNY
Zapraszamy do debaty na łamach Pulsu Medycyny
redakcja@pulsmedycyny.pl
Czytaj też inne artykuły i opinie na ten temat:
Okiem lekarza rodzinnego cz.1
Okiem lekarza rodzinnego cz.2
Taniec na linie
Medycyna rodzinna umiera
Nie każdy może pracować w poz
Lekarz poz odciąża specjalistów
Primary care to nie tylko poz
Gdyby państwo chciało pomóc
Dążymy do zmiany finansowania poz