Co oznacza brak komórki przetargowej w szpitalu? Data publikacji: 2009-04-01Chciałabym się odnieść do artykułu "Uciążliwe, ale potrzebne przetargi", zamieszczonego w Pulsie Farmacji nr 4 (28) z 4 marca 2009 r.
Jestem przykładem kierownika apteki pracującego bez pomocy komórki przetargowej, której w szpitalu po prostu nie ma. To apteka organizuje całą procedurę przetargową i pilnuje jej prawidłowości, także pod względem formalnym. Moja praca nie kończy się na ustaleniu przedmiotu zamówienia (a są to olbrzymie zamówienia, rzędu kilkudziesięciu milionów złotych, wymagające kilku miesięcy pracy). Wraz z moim zastępcą musimy jeszcze całą procedurę przeprowadzić. Obejmuje ona przygotowanie i oszacowanie przedmiotu zamówienia, przygotowanie SIWZ (Specyfikacji Istotnych Warunków Zamówienia), projektu umowy, załączników, korespondencji z wykonawcami, otwarcie, sprawdzenie, przeliczenie i ocenę ofert, zawiadomienie wykonawców, przygotowanie umów i ogłoszeń informacyjnych oraz o udzielenie zamówienia w Biuletynie Zamówień Publicznych i Dz. Urz. UE, a także dopilnowanie zwrotu wadium wykonawcom. Rocznie przygotowujemy w ten sposób pięć do sześciu dużych przetargów.
Ewentualne wątpliwości możemy jedynie skonsultować z radcą prawnym szpitala i specjalistą od zamówień publicznych, jeśli znajdą dla nas czas. W komisji przetargowej jestem ja, jako jej przewodnicząca, mój zastępca, księgowa i pielęgniarka. Nie mamy stałej pomocy żadnego prawnika. Zdaniem dyrektora szpitala, którego od lat proszę o profesjonalną pomoc, sytuacja nie wymaga żadnych zmian. "Powinna się pani do tego przyzwyczaić, ma to pani w obowiązkach" - słyszę od dyrektora, z którym już jestem w konflikcie. Takiego samego zdania jest też szpitalny specjalista ds. zamówień publicznych. Uważa, że wystarczy, kiedy sprawdzi moją specyfikację, którą "po 10 latach doświadczeń z przetargami mam przecież wypracowaną". Przed laty zgodziłam się na te obowiązki, bo argumentem był brak odpowiednich do tego ludzi, ale od tamtego czasu nic się nie zmieniło, a dyrektor uważa, że wprowadził nowatorski sposób na oszczędności.
Dla mnie sprawa przetargów to straszne obciążenie, przez które nie mam czasu na moją podstawową pracę - w aptece, na zajęcie się lekami i pracownikami. Praca kierownika zeszła na drugi plan, co skutkuje całkowitym zahamowaniem rozwoju apteki oraz konfliktami z personelem, dla którego w ogóle nie mam czasu.
W obsadzie apteki, oprócz mnie i mojego zastępcy, jest jeszcze dwóch farmaceutów w ekspedycji (wyłączonych z przetargów), trzech techników farmaceutycznych (w tym dwóch na stażu) oraz pomoce apteczne. Nie ma mowy, żebyśmy się wzięli za stworzenie pracowni cytostatyków czy żywienia pozajelitowego. Nie ma do tego warunków, ale też nikt nawet tego nie rozpatruje, bo najważniejsza jest ustawa o zamówieniach publicznych. Wielokrotnie zwracałam się o pomoc do różnych instytucji. Wojewódzki inspektor farmaceutyczny w zaleceniach pokontrolnych napisał, że należy odciążyć aptekę od czynności administracyjnych, ale nikt się tym nie przejął. Nie chodzi mi o ukaranie kogokolwiek, ale przekonanie dyrektora do stworzenia w szpitalu komórki przetargowej. (...)
Co o mojej sytuacji myślą inni kierownicy aptek szpitalnych? Jak powinnam postąpić? Jak dyrektorzy innych szpitali postępują w sytuacji, gdy kierownik apteki prosi o pomoc?
Poleć znajomemu artykuł |