Historię choroby większości pacjentów znają od pierwszej recepty. Często z poczucia obowiązku, ale i z dobrego serca - sprzedają leki "na zeszyt". Czy aptekarze z małych miast i wsi skarżą się na brak wielkomiejskiego ruchu w swoich placówkach?
Wbrew pozorom cieszą się, że nie muszą stawać do wyścigu o zdobycie pacjenta poprzez agresywne programy marketingowe.
Działalność aptek w dużych miastach i na terenie wsi i miasteczek to - można by rzec - dwa różne światy. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, szacującego liczbę pacjentów na jedną aptekę czy punkt apteczny, na koniec 2007 roku na typowo miejską placówkę przypadało 2,6 tys. mieszkańców aglomeracji. Apteki i punkty apteczne położone na terenach wiejskich opiekowały się dwukrotnie większą liczbą pacjentów. Według danych GUS, w 2008 rok wchodziliśmy z 10 632 aptekami i punktami aptecznymi, z czego zaledwie 1800 znajdowało się w miejscowościach niemających praw miejskich. Właśnie te niekorzystne statystyki były dla resortu zdrowia podstawą do utrzymania status quo sprzedaży pozaaptecznej w trakcie tworzenia nowego rozporządzenia regulującego handel lekami w sklepach.
Wówczas Jakub Gołąb, rzecznik prasowy MZ, w rozmowie z Pulsem Farmacji przyznał, że ministerstwo zrezygnowało z zakazu sprzedaży pozaaptecznej głównie ze względu na dobro pacjentów, którzy często musieliby jechać 20-30 km, żeby zaopatrzyć się w tabletki przeciwbólowe.
Statystyki GUS potwierdzają dane izb samorządowych. "Na terenie województwa świętokrzyskiego mamy 435 aptek - 283 znajdują się na terenie miast powiatowych, w tym 101 w samych Kielcach, natomiast 152 działają w małych miejscowościach oraz na wsiach" - wylicza Bożena Śliwa, prezes Kieleckiej Okręgowej Rady Aptekarskiej.
Natomiast w regionie lubelskim z 800 funkcjonujących aptek blisko 270 zlokalizowana jest poza powiatowymi aglomeracjami. "Średnia liczba pacjentów przypadająca na aptekę w miastach sięga 1730 osób. Natomiast na każdą zlokalizowaną poza miastem przypada prawie 4,4 tys. pacjentów. Ale to tylko jedna strona medalu" - podkreśla Kazimierz Przystupa, prezes Lubelskiej Okręgowej Rady Aptekarskiej.
Apteczna turystyka
W opinii Kazimierza Przystupy, ma on też drugą, ciemniejszą stronę. "Mniejsze apteki, nienależące do sieci, nie mogą kupić dużych pakietów leku, przez co nie otrzymują rabatu. Przekłada się to na wyższe ceny dla pacjentów, co prowadzi do patologicznych, w moim odczuciu, sytuacji, kiedy pacjent jedzie 40-50 kilometrów tylko po to, by zrealizować taniej receptę" - tłumaczy szef lubelskiego samorządu.
Podobne tendencje obserwuje się na terenie Kieleckiej Okręgowej Izby Aptekarskiej. Wprawdzie właściciele placówek w małych miejscowościach oceniają kondycję swoich aptek jako nie najgorszą, jednak nie widzą szans, by w najbliższym czasie miała się ona polepszyć. "Największym problemem, sygnalizowanym przez naszych członków, jest wkraczanie sieci aptecznych do mniejszych miast powiatowych. Ze swoimi intensywnymi działaniami reklamowymi docierają również do mieszkańców wsi. W efekcie zaczynamy obserwować wśród pacjentów tzw. turystykę lekową" - ubolewa Bożena Śliwa.
(...)
Cały artykuł na ten temat znajduje się w Pulsie Farmacji nr 2(26) z 4 lutego 2009 r.
AKTUALNA OFERTA PRENUMERATY PULSU FARMACJI